Ryzyko operacyjne to jedno z tych pojęć, które niemal wszyscy znają, ale niewielu naprawdę rozumie. Pada na spotkaniach zarządów, w rocznych raportach i dokumentach regulacyjnych. Funkcjonuje jako obowiązkowa kategoria w systemach zarządzania ryzykiem, a mimo to, gdy dochodzi do realnych strat, często słyszymy: „tego nie dało się przewidzieć”.
W świecie ubezpieczeń słowo „katastrofa” przez długie lata miało dość jednoznaczne znaczenie, było synonimem zdarzenia nagłego i dramatycznego np. powódź, eksplozja instalacji. Dziś coraz częściej okazuje się, że takie myślenie należy do innej epoki. Nie dlatego, że katastrofy są bardziej spektakularne, wręcz przeciwnie, często zaczynają się banalnie, niemal niepozornie.
Ryzyko niehandlowe brzmi jak pojęcie z podręcznika, w praktyce jest raczej jak awaria zasilania: nie widać jej w umowie, a potrafi zatrzymać całą operację. Co istotne, nie wynika z „nieuczciwego kontrahenta” ani z jego słabej kondycji finansowej. Źródło jest gdzie indziej, w otoczeniu politycznym, regulacyjnym i instytucjonalnym.
W świecie ubezpieczeń finansowych największe ryzyka rzadko mają postać spektakularnych katastrof. One nie wybuchają, nie płoną i nie generują nagłówków w serwisach informacyjnych. Zamiast tego pojawiają się w postaci przelewu, który nie dochodzi. Faktury, która „jeszcze chwilę poczeka”. Kontraktu, który nagle przestaje obowiązywać, co ciekawe jednostronnie i bez ostrzeżenia. To właśnie w tej pozornie banalnej codzienności kryje się ryzyko handlowe, jeden z najbardziej niedocenianych, a zarazem najbardziej dotkliwych obszarów ryzyka w działalności przedsiębiorstw.
W świecie ubezpieczeń najpoważniejsze zagrożenia rzadko krzyczą. One raczej milczą, kryjąc się w arkuszach kalkulacyjnych, modelach statystycznych i założeniach, których klient nigdy nie zobaczy w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia. Jednym z takich zagrożeń jest ryzyko aktuarialne, czyli pojęcie, które brzmi akademicko, lecz w praktyce potrafi boleśnie zweryfikować jakość ochrony ubezpieczeniowej.
W powszechnym wyobrażeniu ruchomości domowe to po prostu „wszystko, co mamy w mieszkaniu”. Meble, sprzęt, ubrania, rzeczy codziennego użytku, cały ten prywatny ekosystem, który składa się na komfort życia. W świadomości klientów to pojęcie intuicyjne, niemal oczywiste. I właśnie dlatego bywa tak zdradliwe. Bo w ubezpieczeniach to, co „oczywiste”, bardzo często okazuje się niejednoznaczne.