Pojęcie związane z ubezpieczeniem należności kontraktowych, kredytu kupieckiego. Do ryzyka handlowego zalicza się m.in. prawnie stwierdzoną niewypłacalność dłużnika, zwłokę w wypełnianiu przez niego zobowiązań płatniczych bądź też jednostronne zerwanie przez dłużnika kontraktu objętego ubezpieczeniem lub odmowę przyjęcia towarów lub usług bez żadnego do tego tytułu.
W świecie ubezpieczeń najpoważniejsze zagrożenia rzadko krzyczą. One raczej milczą, kryjąc się w arkuszach kalkulacyjnych, modelach statystycznych i założeniach, których klient nigdy nie zobaczy w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia. Jednym z takich zagrożeń jest ryzyko aktuarialne, czyli pojęcie, które brzmi akademicko, lecz w praktyce potrafi boleśnie zweryfikować jakość ochrony ubezpieczeniowej.
W powszechnym wyobrażeniu ruchomości domowe to po prostu „wszystko, co mamy w mieszkaniu”. Meble, sprzęt, ubrania, rzeczy codziennego użytku, cały ten prywatny ekosystem, który składa się na komfort życia. W świadomości klientów to pojęcie intuicyjne, niemal oczywiste. I właśnie dlatego bywa tak zdradliwe. Bo w ubezpieczeniach to, co „oczywiste”, bardzo często okazuje się niejednoznaczne.
Reprezentant ds. roszczeń to jedno z tych pojęć, które w polisach wygląda jak przypis techniczny, a w realnym świecie potrafi przesądzić o tym, czy szkoda zostanie zamknięta sprawnie, czy zamieni się w maraton maili, tłumaczeń i niedopowiedzeń. Klient zwykle nie przywiązuje do niego wagi, aż do dnia, w którym musi powiedzieć: „zgłaszam roszczenie”.
Renta ubezpieczeniowa to jedno z tych pojęć, które funkcjonują w naszej świadomości od lat, a mimo to wciąż bywają nieprecyzyjnie rozumiane. Zwykle kojarzy się ją z emeryturą, czasem z inwestycją, a niekiedy, choć niesłusznie, z utratą kapitału. Tymczasem renta nie jest ani finansowym reliktem, ani produktem „dla nielicznych”. Choć jego konstrukcja jest dobrze znana od dekad, właśnie dziś najlepiej odpowiada na wyzwania związane z bezpieczeństwem dochodu w długim czasie.
Regres brzmi jak termin z sali sądowej i słusznie. Etymologicznie pochodzi od łac. regressus („odejście, powrót wstecz”), rozpowszechnionego przez fr. regrès. W ubezpieczeniach ten „powrót” ma bardzo konkretne znaczenie: pieniądze, które trafiły do poszkodowanego, wracają, tyle że już nie do niego, tylko do ubezpieczyciela, który następnie dochodzi roszczenia od faktycznie odpowiedzialnego sprawcy.
Reasekuracja to pojęcie, którego sens da się odczytać już z samej konstrukcji słowa: „ponowne” zabezpieczenie. W tle mamy zarówno logikę prefiksu re- („jeszcze raz”), jak i rdzeń kojarzony z łacińskim securus – „bez troski”, „bezpieczny”. Ta etymologiczna intuicja dobrze oddaje istotę samego zjawiska: ochrona nie kończy się na pierwszej linii, lecz może zostać wzmocniona kolejną warstwą. W świecie współczesnych ryzyk taka warstwowość nie jest luksusem, ale koniecznością.
W powszechnym wyobrażeniu prowizja to po prostu „procent dla pośrednika”. Innymi słowy to niewidoczny składnik ceny ubezpieczenia, ukryty w składce, finansowany przez klienta, rozliczany przez ubezpieczyciela, stanowiący główne źródło przychodu brokera lub agenta. To miejsce, w którym spotykają się trzy perspektywy: klienta, pośrednika i zakładu ubezpieczeń.
W niektórych polisach, aneksach i OWU pojawia się gdzieś skromny dopisek: Pro Rata Temporis. Większość klientów go ignoruje, dopóki… nie pojawi się temat zwrotu składki albo dopłaty w trakcie roku. Wtedy to łacińskie zaklęcie nagle zaczyna oznaczać bardzo konkretne pieniądze.
Pojazd historyczny” w ubezpieczeniach to nie stare auto z parkingu pod blokiem, ale precyzyjna kategoria ryzyka, z definicją, konsekwencjami finansowymi i bardzo konkretnym wpływem na cenę oraz zakres ochrony. Innymi słowy: to różnica między „sympatycznym staruszkiem” a majątkiem, który w razie szkody potrafi kosztować setki tysięcy złotych.